Zamiast lansu na Pogorii wybraliśmy się naszą trójcą (Tomek, Krzysiek i ja) na coś terenowego. Na Maczkach spotkanie i wjeżdżamy do lasu, rozpędzony Krzysiek wystraszył psa - fajnego wilczura. Przejechaliśmy kawałek płytami na sosinę, a przy torach jedziemy wzdłuż nich i kręcimy w lewo. Tam spory kawałek prosto przed siebie, do czasu gdy nie zachciało się szukać nowych ścieżek, no to kręcimy w bok. W pewnym miejscu mieliśmy trzy możliwości, i dopiero trzeci wybór drogi nie wpędził nas w przysłowiowe maliny. Ale i tak ten ostatni wybór zakończył się przedzieraniem przez wycinany las, więc pełno patyków i gałęzi plątało się pod kołami. Wyjechaliśmy na górce przy "dywanowym moście" Zajechaliśmy na Ryszkę, potem w stronę Bukowna, zjechaliśmy po piaszczystym nasypie, przedarliśmy się przez teren rekultywowanej kopalni piasku - między drzewami, czasem kopiąc się w piaszczystym podłożu. Przechodzimy na drugą stronę rzeczki i jedziemy szutrowo-kamienistą drogą. Za kopalnią jest strasznie błotnista drogaz powodu triów, jedziemy nie więcej niż 12km/h by się do końca nie uwalić tym syfem. Przyspieszamy dopiero gdzie droga jest bardziej sucha. Wyjeżdżamy na asfalt, żegnam się z kompanami i jadę do domu obok Sosiny, przed Długoszyn i osiedle Stałe.
Wracając z uczelni wskoczyłem do Lidla kupić czapkę dla biegaczy, która z powodzeniem może być używana pod kaskiem. Chwilę po powrocie do domu przyjechał Krzysiek, ja jeszcze bez obiadu i nieogarnięty napęd. Miało być szybko a to całe czyszczenie i smarowanie łańcucha strasznie się dłużyło. Ruszyliśmy na stawki w Wysokim Brzegu, wzdłuż torów zajechaliśmy pod Fashionhouse. Chwilę asfaltem w stronę Jaworzna i w lewo do lasu. Ciekawy teren którym jedziemy pod linią wysokiego napięcia, żółte trawy wpadające w złoto-pomarańczowy kolor, niskie krzaczki i krzewy oraz kolorowe liście na drzewach. Dojeżdżamy na nie wysoką, ale rozległą hałdę, jest na niej wyjeżdżona droga i kierujemy się nią przed siebie, a gdzieś pod koniec hałdy zjeżdżamy w prawo do lasu. Droga w lesie wysypana cegłówkami i rożnym gruzem, tutaj Krzysiek łapie kapcia. Szybka wymiana dętki i jedziemy dalej, okazuje się że trafiamy na znamy mi czarny szlak w Jaworznie. Dojeżdżamy nim do Maczek i dalej terenem jedziemy na parking pod Balatonem. Stąd wracamy do domów, ja asfaltem do Maczek by tam wskoczyć sobie na ten czarny szlak, podjeżdżam kawałeczek zielonym i niebieskim przez Długoszyn na Park Lotników i stąd najprostszą drogą do domu.
Czapka z Lidla całkiem ok, można nią głęboko nałożyć na głowę i zakryć całe uszy. Początkowo nawet za mocno grzała i musiałem lekko ją odkrywać by mieć mały przewiew. Nie jest gruba przez co dobrze leży na głowie wraz z kaskiem.
Obaj z Krzyśkiem wcześniej dziś skończyliśmy zajęcia, więc trzeba było to wykorzystać. Jadąc naprzeciw sobie spotkaliśmy się w Jaworznie na światłach. Za cmentarzem osiedla stałego wjechaliśmy w teren i dojechaliśmy do betonowych płyt kierując się nimi w stronę Niwki/Jęzora. Kręcimy pod tunel prowadzący pod torami i się dziwię, czemu jeżdżąc tu kilka razy nigdy go nie zauważyłem. Jedziemy dalej w stronę zachodnią, jesteśmy już przy stacji Jęzor PKP, kręcimy ostro w prawo i za chwilę przedostajemy się przez mały mostek na drugą stronę Białej Przemszy. Przez długi odcinek kierujemy się w górę rzeki tusz przy jej brzegu. Napotkaliśmy powalone przez bobry drzewa, które tarasowały nam singielka. Wykonaliśmy pewną pracę społeczną usuwając większość tych drzew na bok, a jedno wrzuciliśmy do wody ;] Dalej zrobiło się piaszczyście ale bokami gdzieś przy drzewach dało radę jechać, choć nie obyło się bez schodzenia ze sprzętu. Za piaskiem ładna droga przez trawiaste pole, zaczyna lekko kropić a do mostu by się skrzyć jest jeszcze kawałek. Przyspieszyliśmy a trochę później pokazała się tęcza, gdy podjechaliśmy pod most zaczęło już mocno padać więc się udało. Czekaliśmy co najmniej pół godziny, w tym czasie zadzwonił Tomek do Krzyśka w sprawie kupna nogawek i rękawków. Gdy przestało padać ruszyliśmy spodem wzdłuż linii kolejowej, ale gdy się tylko pokazał piach wdrapaliśmy się na nasyp by jechać torami. Na kolejnym moście sprowadzamy rowery na dół i jeszcze kręcimy się w okolicach Balatonu. Na parkingu się żegnamy a ja wracam asfaltem, urozmaicam sobie czarnym szlakiem z Maczek do Jaworzna.
Na 16:00 do Krzyśka pod dom. Mini gościna z ciastem i herbatą [ dziękuję :) ] a po kwadransie ruszamy. Początkowo niezdecydowani jedziemy na Jaworzno, ale zawracamy i Krzysiek prowadzi znanymi mu drogami przez Niwę i gdzieś w teren. Dojeżdżamy do szutrów które już razem eksplorowaliśmy i wzdłuż torów jedziemy do Bukowna. Standardową drogą kierujemy się na Czyżówkę. Przy elektrowni wjeżdżamy na chwilę w teren, który sprawia mi mały problem bo zapomniałem jak to się tu jedzie - ale szybko kojarzę obrazy i już wiem gdzie jechać. Wylatujemy z lasu na asfalt i po chwili z lewej strony za szlabanem zaczyna się ten podjazd. Gdzieś do połowy podjeżdżamy, resztę wypychamy na szczyt gdzie przerwa na pogawędkę.
Zjeżdżamy, początkowo z równym odstępem od Krzycha, ale gdy najgorszy odcinek za nim puścił hamulce i przyspieszył momentalnie. Ja się troszkę wolniej grzebałem gdyż zjechało mi się w mały rów na środku, ale zaraz po nim też puszczam hamulce. Wracamy już do domu, nie ma co wybierać tylko gnać asfaltami. Przed Bukownem zrobiło się już ciemnawo, jedziemy cały czas dając sobie zmiany co kilka minut. Idzie to całkiem sprawnie ale przed Jaworznem gdzie trzeba wdrapać się na most nad torami nie daję już rady i wlokę się. Przepychamy rowery na drugą stronę torów i jedziemy boczną drogą w stronę Maczek, zaczyna też delikatnie kropić. W okolicach lokomotywowni oznajmiam Krzyśkowi, że pojadę sobie krótszą dla mnie drogą. Jedyne czego mogłem się obawiać to SOK-istów gdy przechodziłem z rowerem przez sporą ilość torowisk, ale zaoszczędziłem kawałek drogi bo wyjeżdżam nieopodal przejazdów kolejowych na granicy Jaworzna. Jadę i brakuje mi już kopa, wlokę się z prędkością niewiele większą od 20km/h zaczyna też coraz mocniej wiać i padać. Jestem już blisko domu, muszę się tylko wydostać z lasku na drogę rowerową, przypominam sobie o szlabanie jaki postawili przy wjeździe, lecz równie szybko zapominam o nim. Moje myśli o ciepłym pokoju i kolacji przerywa impuls "coś znienacka pojawiło się przed tobą" odruchowe hamowanie z dębem na mniej niż metr przed szlabanem. Nieszczęśliwie lampkę miałem skierowaną bardziej w dół przez co późno zobaczyłem szlaban. Na szczęście w ogóle ją miałem :] Przed ostatnim przejazdem kolejowym znów mi zamykają szlabany, tak samo jak jechałem do Krzyśka. Teraz prócz utraty czasu, są jeszcze niska temperatura i deszcz jako argumenty by przejść pod szlabanami. Wracam strasznie zmęczony.
Alternatywnie czyli od strony południowej - Myślachowic
Od domu do Jaworzna, przez park Lotników, w kierunku kamieniołomu i Sosiny. W Ciężkowicach wbijam na szlak i jadę do Górek Luszowickich, Sierszę. Przejeżdżam obok Elektrowni, na skrzyżowaniu kręcę w lewo - w stronę Czyżówki a za chwilę w prawo do lasu gdzie jest bardzo ostry podjazd. Lasem dojeżdżam do obrzeża Myślachowic i asfaltem kieruję się na Płoki, zanim do nich wjadę odbijam w lewo i lasem objeżdżam je w około. Na dole gdzie jest mała wiata i ławka mały popas - jabłko i paluszki. Dalej jadę moją wynalezioną trasą na skraj Bukowna. Przekraczam asfalt i dalej terenem jadę na Bór Biskupi do żółtego szlaku. Na tym odcinku zachodzące słońce rozświetliło las, zrobiło się pomarańczowo przed oczami, jakbym miał okulary tej barwy na nosie. Trafiam na Ciężkowice, odpalam lampki i szosą jadę pod niebieski szlak który zaprowadzi mnie na bazę nurków, przed docelowym miejscem zatrzymuję się i ubieram w ciepłe getry i długi rękaw. Na miejscu nic ciekawego, było już sporo po zachodzie i niewiele było widać, ale jest idea by przyjechać tu na zachód, bo słońce będzie się nad taflą wody kryło. Wracam asfaltami do domu, przez park Lotników i ścieżką rowerową do domu.
Górska wyprawa zaplanowana przez Krzyśka, trasa ambitna którą nie udało się zrealizować w całości. Mimo to najlepsze zostało zdobyte z czego bardzo się cieszę.
Pobudka i szybkie wyszykowanie się na wyjazd pozwoliło mi wyjechać z domu o 5:40. Dokładnie o równej jestem już na Mikołowskiej i czekam na ekipę, mija gdzieś 10 minut i ciut się niepokoję - to zawsze ja się spóźniam ale nie oni!? Pędzimy na pociąg i w locie zbieramy Wojtka i Filipa, dojeżdżamy na stację z zapasem. W pociągu nie tylko my jesteśmy z rowerami, z konduktorem załatwiam interesy i dostaję bilet na 7 osób, który po rozwinięciu sięga podłogi
Węgierka Górka; Po znalezieniu szlaku jedziemy asfaltem, przed terenem zrzucamy z siebie ciuszki, ładujemy w siebie banany, czekolady, i inne dopalacze. Jedziemy i ciągle się pniemy w górę, wykorzystuję wyłącznie dwa najlżejsze przełożenia, jedynie na wypłaszczeniach wrzucam środkowy tryb korby. Atak na podjazd i dopóki sił starczyło kręciłem pod górę - w ten sposób dość często bywałem na przodzie. Obawiałem się częstego zeskakiwania z roweru w przypadku utraty równowagi, luźne kamienie sprzyjały uślizgom tylnego koła i utrudniały prowadzenie na stromych odcinkach. Jednak bardzo dobrze mi szło, z czego się cieszę bo sprawdzenie samego siebie daje satysfakcję. Nie obyło się też bez pchania roweru, tam gdzie się zasapałem lub było za stromo i kamieniście było to najlepszym rozwiązaniem.
Na Jeleniu pokręciłem się troszkę po wzgórzu, wracając przez Tarkę skierowałem się na osiedle Stałe w Jaworznie i wróciłem jeszcze nie odbudowaną ścieżką rowerową do domu.
SMS od Krzyśka czy wyskoczymy gdzieś o 16? Bardzo chętnie więc potwierdzam godzinę spotkania i umawiam nas pod naszym mostkiem w Jaworznie. W trakcie gdy się zbierałem info-sms że się nie wyrobi, no to jadę pod jego dom. Propozycja była taka by nie jechać nigdzie daleko a kręcić się w okolicach ale maksymalnie terenem. Trasa od początku była dla mnie całkowicie nowa, ruszyliśmy się na hałdy: "Są tu fajne zakręty więc jedź ze słuszną prędkością" rzekł Krzysiek i faktycznie fajny odcinek ze slalomem przy drzewkach iglastych. Następnie obok Balatonu wyjechaliśmy na asfalt, jadąc nim chwilę do skrzyżowania skręcamy w lewo w stronę Dąbrowy i odbijamy w prawo do lasu. Tam znacznie więcej kręcimy, chwilami sam Krzysiek pierwszy raz jechał tymi odcinkami, ale właśnie chodziło też o poznawanie nowych. Gdzieś na półmetku opanowaliśmy ambonę leśniczego, chwila odpoczynku każdemu się należy. Ruszamy i jedziemy przez jakąś Niwę, a chwilę dalej okazuje się że już znam drogę bo jedziemy na Ryszkę. Na drodze Jaworzno-Bukowno długo nie byliśmy, pierwszy zjazd do lasu jest nasz, trochę się wracamy w stronę Bukowna w poszukiwaniu dogodnego zjazdu z nasypu, znalazł się taki piaskowy, a na dole wąski mostek, że Krzycha przyklinowało.
Podjeżdżamy pod górę i widzimy jakieś ogrodzenie z bramami przez które człowiek przepuszczał jeden pojazd, oraz znaki że nie wolno jechać bla bla.. i tak jedziemy a koleś nic nie mówił. Znaczny kawałek jedziemy w stronę Sosiny po takim szutrze z kamyczkami, końcówkę musimy pokonać jadąc po torach między szynami. Trafiamy na Sosinę, choć słońce już za horyzontem to bardzo ładnie rozświetliło na czerwono tą okolicę. Jest jeszcze czas i jedziemy wokoło zbiornika, ja podkręciłem głośnik w amortyzatorze i Krzychu rzekł "wypuść tą świnię z tej Tory" bo tłumik podobnie do świni kwiczał. Po objechaniu połowy jedziemy do słońca, widok wody oraz czerwonego nieba zawsze daje piękny efekt. Płytami wracamy na Maczki, a ja bezpośrednio prosto do domu.